Czy można sobie wyobrazić porządną kuchnię bez patelni? To tak, jakby z ulubionego menu wykluczyć nagle jajecznicę, naleśniki albo tradycyjnego schabowego.
Ta niekwestionowana królowa wśród kuchennych sprzętów ma różne oblicza. W końcu nie od dziś wiadomo, że patelnia elektryczna służy nie tylko do smażenia, ale także duszenia i pieczenia. Nasze babcie doceniały patelnie “przepalone”, jako że nic do nich nie przywierało za sprawą wypalonego tłuszczu, który
z czasem miał się zamieniać w czysty węgiel. Nie mniejszą popularnością w minionym stuleciu cieszyły się legendarne już patelnie cygańskie. Tajemnica romskiego rzemiosła tkwi podobno w pokrywaniu metalowej powierzchni warstewką cyny. Dzięki odpowiedniemu hartowaniu taka powłoka jest trwała i nietoksyczna, a najważniejsze, że nie sposób na niej niczego przypalić. Patelnie elektryczne mają swoich zwolenników po dziś dzień. Ponieważ bardzo mocno się rozgrzewają i doskonale przewodzą ciepło, świetnie nadają się do błyskawicznego smażenia, np. steków czy warzyw. Jednak prawdziwa rewolucja nastąpiła wraz z pojawieniem się teflonu.
Politetrafluoroetylen (PTFE), bo tak naprawdę nazywa się ten polimer, to przypadkowe odkrycie amerykańskiego inżyniera Roya Plunketta, który w 1938 r. prowadził dla Kinetic Chemicals badania nad substancjami do chłodzenia lodówek. Ostatecznie wynalazek opatentowano w 1941 r., a nazwa teflon została zastrzeżona w 1944 r. Teflonowa patelnia, sygnowana marką Tefal (!), pojawiła się dopiero w połowie lat 50. XX w., tym razem za sprawą francuskiego inżyniera Marka Gregoirego, a właściwie jego żony, bo to ona namówiła męża, by spróbował wykorzystać materiał używany na haczyki wędkarskie w gospodarstwie domowym. Tak oto technologia znana początkowo przede wszystkim wąskiemu gronu specjalistów z NASA poszła w sukurs kucharzom, paniom domu i amatorom gotowania.



