Kongresy lub konferencje międzynarodowe obsługiwane są coraz częściej przez tłumaczy symultanicznych. Najlepszym tego przykładem są obrady parlamentu europejskiego, gdzie długi rząd kabin z translatorami ciągnie się wzdłuż sali obrad. Jest to chyba przykład jedyny w swoim rodzaju, aby z tylu języków na tyle przekładane były wszystkie wystąpienia mówców. Ale rzecz jasna nie może to być przykład do naśladowania. Kogo bowiem stać na tak rozrzutną politykę, jaka prowadzona jest w unijnym kołchozie. Na ogół wystarczy kilka kongresowych języków na które tłumaczenia symultaniczne mają sens. Jeżeli bowiem na naukowy kongres ktoś wyjeżdża, można od niego oczekiwać znajomości tych języków. Chyba, że jest to wyjazd dla zasłużonego działacza, który „wicie, rozumiecie towarzysze”, powinien dla swoich zasług mieć zafundowaną taką wycieczkę. A, że przy okazji skompromituje nie tylko siebie, ale organizację lub państwo? A kogo to z wysyłających obchodzi. Z drugiej strony, ktoś może być wybitnym specjalistą ze swojej dziedziny, ale kompletnym abnegatem lingwistycznym. Wtedy tłumacze pomogą, aby jego osiągnięcia nie zostały zaprzepaszczone i zapomniane. Nie wiem iloma językami obcymi władał Einstein, ale dlatego, że działał w Kraku, którego język był znany w świecie naukowym, jego odkrycia rozpowszechniły się na cały świat.